Odkąd sięgam pamięcią, lubiłam pisać. Nadal lubię, mimo że czasu na to mam tak mało. Czarodziejki mają mnóstwo rzeczy do roboty! Pixele łobuzują i trzeba chadzać z nimi na dłuuugie leśne wędrówki, żeby się wyhasały. Magiczny kocioł, w którym czaruję z pixeli nowe projekty jest tak przepełniony twórczą weną, że mało nie wybuchnie (a efekt takiego wybuchu byłby kłopotliwy - cała Pixelowa Chatka w magicznym pyle do wysprzątania!), więc trzeba z tej weny rach-ciach robić użytek, jak tylko kociołek zaczyna podrygiwać. No i są jeszcze koci pomocnicy, których trzeba obdzielić ich dzienną porcją głasków i miziaków. Roboty od groma! Mam jednak w mojej chatce magiczną księgę, leżącą na drewnianym stole i grzeczniutko czekającą na swoją kolej, do której zasiadam z kubkiem kawy, kiedy tylko mam czas. W księdze tej notuję wszystko, co mi ślina na język... tzn. na pióro przyniesie. Tytuł tej księgi to „Blog Pogromczyni Pixeli”. Masz chęć podejrzeć, co zanotowałam na jej kartach? Proszę bardzo! Księga stoi przed Tobą otworem :)